ROZWAŻNA I… ROMANTYCZNA?
Mirosław Ratajczak
Odra nr 1/2010
Na potrzeby wystawy Kamy Sokolnickiej O bieli, elipsie i nudzie zmodyfikowano przestrzeń wrocławskiego Studia BWA. Widz, przekraczając próg galerii, trafiał do zaciemnionego wnętrza o czarnych ścianach, które bez większego ryzyka można by określić jako black cube. W głębi sali stożek światła zwisającej z sufitu żarówki wycinał jasny krąg na podłodze. W jego centrum umieszczono zbiornik z czarną jak smoła cieczą, przypominający żelazną beczkę „wkopaną” głęboko w ziemię, albo studnię o niskiej, kilkunastocentymetrowej zaledwie cembrowinie. Albo wejście do kanału, na co mogłaby wskazywać prymitywna, żelazna drabinka, wystająca z czarnej czeluści. Oba elementy tej instalacji – żółto złociste światło elektryczne i głęboka, jakby pierwotna czerń wypełniająca studnię, trwały w napiętej równowadze, niczym zastygli w zwarciu zapaśnicy o takim samym potencjale mocy, lub zapadłe w hipnotyczny trans dwie, oczarowane swoją odmiennością istoty. Kama Sokolnicka napisała kiedyś, że interesuje ją w sztuce „przemienianie miejsca w stan umysłu”. Można było tego doświadczyć w mroku Studia BWA.
Niejako na zewnątrz tego black cube, odgrodzone przez ściany działowe i korytarz znalazło się to, co zwykle jest samym white cube i go wypełnia, czyli wnętrza o białych ścianach oraz eksponowane w nich dzieła. Sokolnicka po prostu wywróciła galerię na lewą stronę, przenicowała zastany porządek. Ale jednocześnie zadbała, byśmy mogli oglądnąć „wystawę” – przez okna zamontowane w ścianach działowych. W niektórych przypadkach zahaczało to o voyeryzm (nieprzypadkowo, jak sądzę), jak wtedy, gdy patrzyliśmy przez pleksiglasowe drzwi do „sypialni”: nie było w niej ludzi, ale spoza niedomkniętych drzwi łazienki (domyślnej) padało światło, więc za chwilę ktoś mógł się tu pojawić; obok dwóch zaścielonych łóżek znalazło się tu jeszcze pięć obrazów; cztery wiszące zwyczajowo na ścianach, jeden stojący na podłodze, jakby w oczekiwaniu na podjęcie przez właściciela decyzji. Wszystkie przedstawiały latarnie morskie, różne, ale w jednolitej biało-szarej kolorystyce i formie schematycznie upraszczającej zarówno architekturę jak i krajobraz.
Podążając za światłem sączącym się z witryn kolejnych pomieszczeń „zewnętrznych” mogliśmy obejrzeć pozostałe instalacje. Circulum vitae (w wolnym tłumaczeniu według autorki: Eliptyczne życie) to pudełko na postumencie, otwarte od strony widza, w którym umieszczono model afunkcjonalnych schodów, wiodących od samej „podłogi” aż do „sufitu”.
Pełnia sztuczna przedstawiała fotografię księżyca wykonaną przez sondę Galileo, ale istotny był tutaj również podpis – cytat z Baudrillarda: Odkąd rzeczy stały się wytwarzanymi produktami, artefaktami, znakami, towarami, PEŁNIĄ SZTUCZNĄ, ironiczną rolę mocą samego swego istnienia (przekład Sławomira Królaka).
Instalacja Koniec przygody przedstawienia zajmowała największą przestrzeń/pomieszczenie; w jej centrum Sokolnicka umieściła duży (markowany w pewnej mierze) sześcian, którego front, niczym masywny ekran zwrócony do widza, był jednolicie czarny, natomiast boki – widziane w perspektywie – zrobiono z białej tkaniny, podświetlanej z wnętrza sześcianu. Światłem ewokowane były też obrazy na tylnej ścianie pomieszczenia, po obu jego stronach. Można sądzić, że ta instalacja, jak zresztą cała wystawa, również nawiązywała do myśli Jeana Baudrillarda, a konkretnie do fragmentu jego eseju Złudzenie estetyczne i jego kres, w którym właśnie mowa o „kresie przygody przedstawienia”, gdy przedmiot (dzieło sztuki), stając się swoistym atraktorem (pojęcie występujące m. in. w teorii chaosu – przyp. MR), odbiera podmiotowi (artyście) panowanie nad światem estetycznym, sam stając się ukrytym „porządkowym” dla zachodzących w tym świecie procesów. Gdyby Sokolnicka zaprezentowała tę instalację (jak i wszystkie inne) sauté, być może nie udałoby się jej wyjść poza konstatację Francuza. Podjęła jednak tę grę z dużą przemyślnością, i ominęła pułapki radykalnych stwierdzeń. Zamknięcie swoich prac w izolowanych boksach i zmuszenie widza, by oglądał je wyłącznie przez okna, przywróciło ducha „przygody” przedstawienia – rzeźby, fotografii, malarstwa. Szczególnie malarstwa, bo czyż według popularnego określenia obraz malarski nie jest „oknem na świat”? W rzeczywistości przecież niemal wszystko na tej wystawie jest obrazem, przedstawieniem. Także ostatnia z instalacji, zatytułowana Wycieczka umysłu wśród żywiołów, która była zapętloną projekcją wideo ukazującą statek płynący na otwartym, wzburzonym morzu. Rzutowaną na narożnik ścian, które poza obszarem projekcji pomalowano na czarno. Mglistość obrazu, jego przełamanie w narożniku, monotonny ruch statku i fal, brak „postępów” w tych zmaganiach, czyniły groteskowym ten z pozoru bardzo dramatyczny epizod.
Przemyślana w szczegółach, wypracowana w detalach, spójna w nastroju (choć ten ukształtowany został z dość różnorodnych elementów), wystawa Kamy Sokolnickiej (19 listopada – 5 grudnia 2009) należała niewątpliwie do najciekawszych, jakie obejrzeliśmy w minionym roku we Wrocławiu. Mógł doprawdy zaimponować sposób, w jaki młoda artystka podjęła dyskusję z Autorytetem, jakim niewątpliwie jest Jean Baudrillard. Poniekąd zaakceptowała jego diagnozy, ale zaraz potem, weryfikując je na swojej własnej, artystycznej skórze i szukając szczelin, przez które można się wydostać z pułapki „końca sztuki”, bardzo ambitnie i z duża przewrotnością tak je przeformowała w swoich pracach, że stało się możliwym opuszczenie terytorium, na którym wycisnął swoją pieczęć autor Spisku sztuki. W przeciwieństwie do nieznośnego obyczaju panującego od dawna na młodoartystycznych salonach, nakazującego odwoływanie się w nieskończoność do modnych filozofów sztuki, cytowanie żywcem ich myśli, aby następnie dosłownie je „ilustrować”, obyczaju każącego stawać w zaprzęgu popędzanym ideami oświeconych, śnić sny kuratorów itd., Kama Sokolnicka zadbała o swoją niezależność i oryginalność, więcej: zrobiła to z wdziękiem i swobodą, które także widzowi pozwalają przeżyć na wystawie przygodę i chwile wzruszenia.
Tytuł wystawy zaczerpnięty został ze wspomnianego już wyżej eseju. Baudrillard pisze w tym fragmencie o kinie, ale myśli o obrazach w ogóle: Współczesnemu kinu nieznana jest już ani aluzja ani iluzja: ujarzmia wszystko na sposób hipertechniczny, hiperskuteczny i hiperwidzialny. Nie ma już w nim miejsca na biel, pustkę, elipsę, milczenie. Sokolnickiej jednak pasuje bardzo i biel, i elipsa, i milczenie. Na pewno nie od momentu, w którym przeczytała te słowa – wystarczy rzut oka na jej dotychczasowe poszukiwania, żeby to zrozumieć. Na tej wystawie szuka (i znajduje!) ”miejsce”, wykreślone diagnozą Pana B. Zresztą – i tu odkrywamy rozbrajająca przewrotność całego zamierzenia – w serdecznej zgodzie z przepisem na utracony obraz, jaki w końcu tego samego podrozdziału (Utracone złudzenie kinematograficzne) sam B. zamieszcza.
Mirosław Ratajczak